To nie jest czas na dyskusje!

„Powstaje w mym sercu jakby ogień palący,

zamknięty w mych kościach.

Męczę się, by żar jego wytrzymać,

lecz nie jestem w stanie”

Księga Jeremiasza 20:9 (Biblia Poznańska)

Urodziłem się idealistą. Mogę tak napisać, bo tak wyglądają moje pierwsze wspomnienia z czasów dzieciństwa. Widziałem świat jako mechanizm piękny, ale niedostrojony. To jak obraz z tysiąca puzzli, w którym brakuje jednego elementu – niby wszystko jest w porządku, ale jednak ten brak kole w oczy i powoduje dyskomfort.

Zadawałem mnóstwo kłopotliwych pytań. Najpierw kierowałem je do siebie, potem do innych. Szybko zrozumiałem, że albo sam znajdę odpowiedzi, albo będę musiał się bez nich obejść. Miałem przez to masę kłopotów w szkole. Kazali mi słuchać i odtwarzać, siedzieć w ławce i się dostosować. Nie chciałem tego. Nie rozumiałem, dlaczego niby tak trzeba. Żaden z moich pedagogów też mi tego nie próbował wyjaśnić. Byłem persona non grata. Karano mnie złym sprawowaniem, poniżaniem przed całą klasą. Siódmą klasę podstawówki zakończyłem ze średnią 5,5 i nagannym sprawowaniem. W ósmej klasie miałem podobną średnią. Wiedziałem, że pewnie skończę szkołę bez czerwonego paska. Ale wyciągnąłem wnioski.

Zrozumiałem, że w tym świecie, aby coś osiągnąć, nie da się walczyć na otwartym polu, twarzą w twarz. Mało kto tak naprawdę chce dyskutować. Jeszcze mniej jest ludzi skorych do przyznania komuś racji. Rozejrzałem się i zobaczyłem, że konformiści mają dużo łatwiej. Chciałem mieć ten czerwony pasek na koniec szkoły, ponieważ ciężko na to pracowałem. Zdobyłem go. Podstępem…

W liceum było nie lepiej. Panowały sztywne zasady, których moja dobra wola i spokojna argumentacja nie były w stanie naruszyć. Zaliczyłem naganę od dyrektora. Nie, nie za alkohol, bójki, papierosy czy narkotyki. Dostałem ją za to, że powiedziałem publicznie kilka słów prawdy. Mówiłem spokojnie, ważyłem każde słowo, dobierałem argumenty. Na nic się to zdało.

W szkole, poza tym, jak długi jest Nil i masą innych w sporej części niepotrzebnych rzeczy, nauczyłem się czegoś ważnego, a mianowicie, że światem rządzą duma i uprzedzenie, które mają na celu utrzymać status quo, niezmienny stan rzeczy.

photo-of-lightning-1114690
Photo by Philippe Donn from Pexels

Mam w sercu taki żar, który nie pozwala mi stać w miejscu. Muszę mówić, bo ciągle wierzę, że słowa mają moc sprawczą i mogą zmieniać ludzi i świat. Niewielu ludzi to rozumie, niemało patrzy z politowaniem i szydzi ze mnie za plecami. Wciąż spotykam się z pytaniami: „po co Ci to?”, „jaki to ma sens?” oraz „czy nie lepiej skupić się na sobie i zapomnieć o innych?”. Widzicie? Każą mi milczeć, bo nie chcą zmieniać stanu rzeczy. A ja muszę mówić. Nie potrafię inaczej.

W końcu dożyłem ery internetu. Zacząłem prowadzić bloga. Kiedy powiedziałem o tym koleżance, zapytała, co to jest blog. Tak, były takie czasy. Nadeszły media społecznościowe: Facebook, a potem Instagram. Zacząłem i tam publikować.

Rozgorzały dyskusje w komentarzach i w komunikatorach. Szybko zauważyłem, że ludzie czytają ze zrozumieniem do momentu, w którym przekaz jest neutralny lub zgodny z ich poglądami. Kiedy natrafiają na coś sprzecznego ze swoim patrzeniem na świat, wzburzona krew zalewa im receptory i nie da się już nic przekazać. Przeinaczają znaczenie tekstu. Wmawiają mi, że napisałem to, czego nie napisałem. Stosują masę chwytów, żeby wykręcić kota ogonem. Lub zwyczajnie nie rozumieją… Z każdym musiałem spędzić godziny na dyskusji, żeby uspokoić atmosferę i wytłumaczyć, o co mi chodziło. Trawiłem na to mnóstwo czasu i jeszcze więcej energii. A ludzie nadal czytają nagłówki wpisów i wybrane zdania. Nadal konieczne jest tłumaczyć rzeczy, które dla inteligentnego człowieka powinny być oczywiste.

Ostatnio rozmawiałem z kolegą o sytuacji na świecie. Wyraziłem swoje zdanie, a on zasypał mnie masą frazesów. Skąd je wziął? Z telewizji, radia i portali internetowych. Usiadłem z nim, otworzyłem laptopa, pokazałem kilka faktów. Zajęło mi to ponad godzinę. Ok, szczerze przyznał mi rację. A to był jeden wybrany temat i jeden z milionów ludzi.

Nie twierdzę, że zawsze mam rację. Nie muszę i mi na tym nie zależy. Nie chcę mieć racji, tylko znać prawdę. Między racją a prawdą jest duża różnica. Chodzi mi bardziej o to, że dzisiaj w internecie ze świecą szukać rzeczowych dyskusji, w których odkłada się na bok emocję, dumę i uprzedzenie, a zamiast tego skupia na sednie sprawy i dąży do wspólnego, rzeczowego stanowiska. Dzisiaj ludzie słuchają nie po to, aby zrozumieć. Słuchanie to raczej niecierpliwe przeczekanie wypowiedzi drugiej osoby do momentu, aż skończy i my będziemy mogli mówić.

Ile jest w internecie głupot i fake newsów? Tego nie da się policzyć. Rozmawiamy hasłami, sloganami, frazesami. Trwamy uporze, tak jakby przyznanie komuś racji było równoznacze z wydaniem na samego siebie wyroku śmierci. Odbieramy dziennie tysiące informacji, z których niewielki procent stanowi wiedza rzetelna i sprawdzona. To przygnębiające.

Czytam ostatnio ponownie książkę „Tako rzecze Zaratustra” Fryderyka Nietzschego. Jeśli jej jeszcze nie znacie, to zachęcam do przeczytania. Tytułowy Zaratustra to człowiek, który bardzo długo przebywa w odosobnieniu, aby poznać nową prawdę. Postanawia zejść do ludzi, aby im tę prawdę głosić. W jednej ze scen natrafia na tłum zgromadzony po to, by obserwować występ linoskoczka. Zaratustra wykorzystuje symbol gimnastyka na linie, aby przekazać ludziom ważne przesłanie. Mówi i mówi. W końcu jeden z gapiów prosi go, aby skończył już wprowadzenie do występu i pozwolił linoskoczkowi rozpocząć swój pokaz. Ludzie słuchający mowy Zaratustry myśleli, że jego monolog to po prostu część przedstawienia. Nic nie zrozumieli.

Analizując to wydarzenie, Zaratustra doszedł do następującego wniosku:

„Nowe wzeszło mi światło, towarzyszy potrzebuję, ludzi żywych, nie martwych towarzyszy lub trupów, których tam niosę, dokąd zechcę. Żywych ludzi potrzebuję, którzy dlatego ze mną pójdą, iż taka jest ich wola, by pójść tam, dokąd i ja podążam. Nowe wzeszło mi światło. Nie do ludu, lecz do towarzyszy niechaj przemawia Zaratustra! […] Wielu z trzody wynęcać – oto, do czegom doszedł”

„Tako rzecze Zaratustra” Fryderyk Nietzsche

Zrozumiał, że musi zmienić strategię. Jeśli jego przesłanie ma dotrzeć do ludzi, to musi przestać tracić czas na tych, którzy nie chcą słuchać. Takich nazywa trupami. Pragnie mówić do ludzi, którzy mają otwarte umysły i wolę zmiany.

Od dawna drzemała we mnie ta myśl, ale nie mogła nabrać kształtu. Powyższy tekst Nietzschego mi w tym pomógł. Chcę mówić do Was, którzy słuchacie. Chcę dyskutować tylko z tymi, którzy potrafią prowadzić dyskusję. Nie chcę już słownych przepychanek i spędzania godzin na przekonywaniu ludzi, którym i tak na prawdzie nie zależy.

Przypomniały mi się dwa biblijne wersety. Bez obaw – nie będę Was nawracał. Nie traktuję Biblii tak, jak to zazwyczaj robią ludzie wierzący. Niemniej jednak Biblia jest dla mnie jednym ze starożytnych tekstów, w których widzę światło mądrości.

„Kto nie jest ze mną, jest przeciw Mnie, i kto nie zbiera ze Mną – rozprasza”

Ewangelia wg Łukasza 11:23 (Biblia Poznańska)

 

„Jeśli w jakimś miejscu nie przyjmą was ani nie będą was słuchać, odejdźcie stamtąd i otrząśnijcie proch z nóg na świadectwo przeciw nim”

Ewangelia wg Marka 6:11 (Biblia Poznańska)

Można o Jezusie mieć różne zdanie, a ten post nie ma religijnego charakteru. Jedno jest pewne – Jezus był w pewnym sensie rewolucjonistą. Zakłócił porządek w swoim otoczeniu, a później, za pośrednictwem swoich uczniów, na całym świecie. Apostołom nakazał skupić się na ludziach, którzy dojrzeli do przyjęcia ich prawdy. Jeżeli pojawiał się opór, nie mieli się sprzeczać. Mieli strzepać proch ze swoich nóg na znak, że nie chcą mieć z nimi nic wspólnego. Strategia okazała się słuszna. Zauważmy, jakie to podobne do tego, co napisał Nietzsche.

Nie chodzi mi o to, aby zamykać się na dyskusje z ludźmi. Ja lubię poznawać nowe punkty widzenia i poszerzać horyzonty. Ale, na litość boską, nie można strzępić języka mówiąc do ludzi, których umysł jest leniwy i otępiały, a oni sami nieskorzy do jakiejkolwiek uczciwej wymiany zdań.

Chciałbym przywołać do siebie ludzi o podobnych do mojego umysłach. Chcę, by było ich jak najwięcej. Razem możemy wprowadzić na świat nową, świeżą ideę. Życzę nam powodzenia.